O autorze
Innowacje w Polsce to kwestia kluczowa dla naszej przyszłości. Stopień ich rozwoju odpowie na pytanie, czy pozostaniemy cenionymi monterami urządzeń, które stworzyli inni i dostawcami niezbyt skomplikowanych usług, których innym nie opłaca się wykonywać, czy też będziemy równorzędnym aktorem europejskiej gry gospodarczej. Dlatego tak ważna jest dyskusja na tym portalu. Bez innowacji społecznych osiągniemy tylko połowę sukcesów. I to o nich chce przypominać w moim blogu jako Rzecznik Praw Obywatelskich, szukając sprzymierzeńców i ambasadorów idei społecznych innowacji.

Innowacyjność... Administracja, głupcze!

Dlaczego prywatna firma medyczna może powiadamiać SMS-em o wizycie a publiczne przychodnie nie? Dlaczego taka firma nie marnuje czasu lekarza powierzając asystentce wypełnienie wstępnej ankiety z pacjentem? Odpowiedź będzie brzmiała zapewne: bo w publicznej sieci nie ma tyle pieniędzy. A tymczasem odwołana (lub nieodwołana) wizyta może być warta więcej niż 100 smsów. Wielu pacjentów "traci głowę" u lekarza i nie pamięta zaleceń. Mamy np. świetne wyniki w ratowaniu "zawałowców" i jednocześnie marne wyniki skuteczności po 2-3 latach terapii. Edukator (pomocnik administracyjny?), który spokojnie i dokładnie wyjaśni człowiekowi, dlaczego i jak trzeba brać leki, i że naprawdę trzeba je brać (mimo czasami przerażających skutków ubocznych opisanych w ulotce) obniży nawroty choroby i śmiertelność dużo lepiej i taniej.

Gardzimy często w Polsce administracją – ach, to tylko uciążliwa biurokracja. Więc dyrektorem szpitala robimy lekarza, który studiował przez 10 lat medycynę a nie administrację i dlatego szpital zmierza do bankructwa. Zrzucamy na lekarzy nawet prostą dokumentację, bo żal zatrudnić tańszego specjalistę od prac administracyjnych.

Nie mówiąc już o innych paradoksach, np. od dwóch lat wołam o to, aby geriatra miał uprawnienia do przepisywania osobie starszej leków czy zwykłego balkonika.

Pieniądze w ochronie zdrowia obywateli są ważne. Bardzo ważne. Ale nie są w stanie zastąpić innowacyjnego (a może tylko racjonalnego) myślenia.

Porządna, przyjazna człowiekowi administracja to jest to, co nasi emigranci w Londynie czy Oslo wychwalają najbardziej. Tymczasem nasze struktury, przyzwyczajenia i sposób myślenia o administracji stają się coraz bardziej archaiczne. Często przekłada się to na wyniki pracy, np. w jednym z ministerstw blisko 50 proc. decyzji musi obalać sąd administracyjny.

Czy w ogóle Polacy potrafią sobie radzić z tym problemem? W historii jest taki przykład: przed II wojną światową stworzyliśmy administrację, która nie tylko była kompetentna i poważana, ale przetrwała nawet okupację w postaci państwa podziemnego. A i dzisiaj dobre sygnały płyną z wielu miast, np. Gdyni.

Gorzej jeśli chodzi o centralę, nawet szybka komputeryzacja nie jest w stanie zastąpić braku reform strukturalnych, utrwalonych nawyków, mentalności. Być może zbyt często zmieniają się też ministrowie, bo trudno zapanować nad resortem w kilka miesięcy, gdy zastaje się tak wiele zaniedbań. Odkryliśmy właśnie przypadek ważnego dla obywateli rozporządzenia, którego wydanie zajmuje jednemu z ministerstw już 17 lat.

Administracja, głupcze! Czy to nie jest świetne hasło wyborcze w amerykańskim stylu na nasze aktualne potrzeby?
Trwa ładowanie komentarzy...